• Odwiedziło nas: 125261 osób
  • Do końca roku: 70 dni
  • Do wakacji: 243 dni

24-130 Końskowola

Chrząchów 11 A

Tel: (81) 881-20-01

Niedziela, 2017-10-22

Imieniny:

Haliszki, Lody

Rowerkiem po Roztoczu - 3 dniowy rajd rowerowy

Jesteś tu: » Strona główna » Rowery » Rowerkiem po Roztoczu - 3 dniowy rajd rowerowy

Rowerkiem po Roztoczu - 3 dniowy rajd rowerowy

Rowerkiem po Roztoczu


Koniec roku szkolnego za pasem, nadzieje zgranej grupy rowerzystów rozpalone do czerwoności. Może wreszcie się uda, te trzy dni na Roztoczu to byłoby naprawdę coś. Skoro w ubiegłym roku z krótszymi wyjazdami się udało to teraz też możemy. Trenujemy, sprawdzamy się, a wszystko po to, żeby podołać trudom wymarzonej wyprawy.


Na dobre zaczęło się w ubiegłym roku, choć ładnych parę lat temu też zrobiliśmy dwa wyjazdy.


 

Sielce - Kozi Bór - Choszczów - Wólka (35km)


Kozi Bór - Szkółka leśnaKozi Bór - Jedna z licznych drógSzumów - Kopalnia piachu


Kozi Bór - Kapliczka

Kozi Bór - Stary dąbNa początku ostrożnie, przez Sielce, Kozi Bór, Choszczów, Wólkę i do domu. Mimo, że blisko to ciekawie, bo nikt nigdy nie był, albo był dawno i nie pamięta, a z grupą w sumie przyjemniej niż w mniejszym gronie. Pogoda przepiękna, leśne dróżki proste i gładkie jak ze snu. Wymarzona trasa na niedzielne przejażdżki. Szkółka leśna jak zaczarowana zaprasza na zacienione ławki aby odpocząć. Urokliwe stare dęby oraz wcale nie zapomniana, bo zadbana przez okolicznych mieszkańców kapliczka w środku lasu. Do dziś świdruje umysły niektórych pytaniem „skąd się tam wzięła”?


Skowieszyn - Zbędowice - Kazimierz Dolny (40km)


Skowieszyn - Jar lessowySkowieszyn - Pola wśród lasówZbędowice - Pomnik pomordowanych mieszkańców wsi

 

Kazimierz - Jar Korzeniowy Dół

Kolejny wyjazd już dłuższy, przy pewnej pogodzie, trasą sprzed lat przez Skowieszyn i Zbędowice do Kazimierza. Niektóre osoby już po raz drugi na tej trasie. Pamiętają, jadą szybko, mylą drogę i trzeba po nie wracać :-). Malownicze wąwozy koją spocone ciała, dają wytchnienie, ale tylko na chwilę. Potem Bochotnica ze swoimi jaskiniami, nie każdy wie gdzie się znajdują, a jeszcze mniej osób miało okazję je osobiście ujrzeć. Zamek Esterki ruina wśród zieleni. Trzeba się wspinać, ale widok rekompensuje każdy wysiłek. Bochotnica - KamieniołomyTeraz Kazimierz jedziemy przez najpiękniejszy wąwóz „Korzeniowy Dół” na szczęście nie pod górkę. Chwilka dla ducha i ciała na rynku przy studni i znowu w drogę. Na trasie ciekawostka, pomnik wykonany ze starych macew w miejscu dawnego cmentarza żydowskiego. Wszak Kazimierz miasteczko kupieckie obfitował w ludność pochodzenia semickiego. Punkt docelowy to Albrechtówka, po krótkim poszukiwaniu dotarliśmy. Widok zachwyca. Rozmarzeni siadamy na trawie i jemy zabrane z domu kanapki. W zasadzie nikt nie wie z czym są. Panorama rozlewającej się w leniwym biegu Wisły przyćmiła inne zmysły. Zbiegamy na dół z rowerami u boku, rzut oka na Męćmierz zastygły czasie przed stu laty. Rozum sam stawia pytanie. Skąd tyle barw na tej starej fotografii? Jeszcze przez chwilę moczymy nogi w królowej polskich rzek i czas na powrót, wzdłuż jej brzegu.


Kazimierz Dolny - RynekBochotnica - Ruiny zamku Esterki

Kazimierz - Pomnik z macewAlbrechtówka

AlbrechtówkaMęćmierz

Męćmierz - Nad WisłąMęćmierz - Nad WisłąMęćmierz - Nad Wisłą


Klementowice - Nałęczów - Wąwolnica - Kurów (60km)


KlementowiceŁopatkiNałęczów - Park zdrojowy


Nałęczów - SPA :-)

Nałęczów również odwiedziliśmy. Ścieżką przez pola do Klementowic. Przy starej stacji, przy starym dębie. Potem wzdłuż torów drogą szutrową. Wreszcie jesteśmy, park, kuracjusze, wille sprzed wojny. Urokliwe i ciche miejsce. Wszyscy byliśmy zmęczeni, wizyta w SPA nieodzowna. Pomogło, zupełnie jak nowi, jemy posiłek i w drogę, do domu. Przez Wąwolnicę i Kurów. To nasza najdłuższa do tej pory trasa około 60 km. Wytrwaliśmy.

 

 

 

 

Klementowice - Wąwolnica - Kębło - Mareczki - Rąblów - Celejów - Pożóg (40km)


Klementowice - Stacja kolejowaWąwolnicaWąwolnica


Wrześniowy rajd na odpust do Wąwolnicy to była igraszka. Grupa stała, silna, zaprawiona w bojach. Dojechaliśmy idealnie na czas, razem z pielgrzymką z Końskowoli. Wysłuchaliśmy mszy, odwiedziliśmy źródełko wypływające spod góry na której zbudowane jest sanktuarium. Nie omieszkaliśmy zahaczyć o kramy ze słodkimi szczypkami i kolorowymi wiatraczkami. Potem na Kębło, przez stary młyn w Mareczkach, baseny w Rąblowie i znów do domu. Znanym już z poprzedniego rajdu szlakiem.


Wąwolnica - ŹródełkoKębłoMareczki - Młyn


Sielce - Wola Osińska - Choszczów - Szumów (35km)


SielceKozi BórChoszczów


W tym roku dołączyła do nas spora grupa „kolarzy” z klasy czwartej. Konieczna więc była wyprawa sprawdzająca umiejętności i wytrwałość nowicjuszy. Wybraliśmy się przez Sielce do Woli Osińskiej. Powrót standardowo przez las i okoliczne wioski. Ruch tam niewielki i zagrożenie kolizją znikome. Miłą niespodziankę sprawił nam pobyt na tzw. „Garbatym Mostku” w Szumowie. Wypłakała się tam wprost na nas wierzba płacząca, która rosnąc u brzegu Kurówki, poprzez liście oddaje nadmiar pobranej systemem korzeniowym wody.


Szumów - Garbaty MostekSzumów - Garbaty MostekSzumów - Garbaty Mostek


 

Skowieszyn - Parchatka - Nasiłów - Janowiec - Męćmierz - Kazimierz Dolny - Bochotnica - Zbędowice (80km)


WłostowiceParchatka - Wał przeciwpowodziowyBochotnica - Prom

 

 

Janowiec był już nie lada wyprawą. Osiemdziesiąt kilometrów, wcale nie łatwą trasą, z wieloma podjazdami i zjazdami odstraszył „niedzielnych” rowerzystów. Połączyliśmy swoje siły ze Szkołą Podstawową w Skowieszynie a naszym przewodnikiem na czas pobytu po tamtej stronie Wisły został nauczyciel wychowania fizycznego z tej szkoły p. Grzegorz Siwek. Trzeba przyznać że motywację mieliśmy ogromną, poranna plucha i chłodny wiatr nie wybił nam z głowy tego dość karkołomnego przedsięwzięcia. Na promie w Bochotnicy czuliśmy się jak prawdziwe wilki morskie. Troszkę bujało i wyraźnie czuliśmy że to co znajduje się pod naszymi nogami to nie jest stały ląd. Przewoźnik za przejazd zaproponował taryfę zupełnie spoza cennika do której pasuje mi tylko jedno miano: „tanio jak barszcz”. Więc szczęśliwi że przeżyliśmy wodną przeprawę i z pełnym portfelem ruszyliśmy w dalsza drogę. Choć może to zła nazwa bo trasa przypominała raczej ścieżkę przez wietnamską dżunglę i to tuż po porze monsunów. Na szczęście się ociepliło, przestało zupełnie wiać, a błoto i kałuże stały się o dziwo bardzo pożądaną rozrywką i urozmaiceniem w podróży.

 

NasiłówNasiłówNasiłów

NasiłówNasiłówJanowiec


Rynek w Janowcu i możliwość pozbycia się nadmiaru gotówki w okolicznych sklepach poprawił nam humor na dobre. Po dłuższym odpoczynku wjazd na zamkową górę po „kocich łbach” był dla wszystkich bez wyjątku błogą sielanką. Kilka fotek przy Janowieckim zamku i starym dworku z Moniaków i znowu w dół, ku zdziwieniu przechodniów i statecznych turystów, szlakiem dla pieszych, po schodach.


JanowiecJanowiecJanowiec - Zamek

Janowiec - SkansenJanowiec - SkansenJanowiec


Kazimierz Dolny - ZakupyKolejny prom, równie tani lecz mniej bujający, wręcz nieatrakcyjny w tej kwestii. A potem posiłek, oczywiście obowiązkowo na Albrechtówce. Posileni dotarliśmy na rynek zwiedzając po drodze charakterystyczny dla Kazimierskich stron, poprzecinany wąwozami cmentarz katolicki. Na urokliwym skądinąd rynku spotkaliśmy Kubusia Puchatka który zarabiał na miód pozowaniem do zdjęć. Po wyczyszczeniu okolicznych kramów z pukawek, sztucznych glutów i równie nieautentycznej krwi zebraliśmy manatki i ruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety prowadziła ona również pod górkę (sam wybierałem). Ale cała ekipa dzielnie zniosła mordęgę i od wsi Zbędowice łapiąc jakby wiatr w żagle prawie nie dotykając ziemi „pruła” do przodu. Po pożegnaniu kolegów i koleżanek ze Skowieszyna nikt nie był w stanie powstrzymać uczestników rajdu przed szaleńczym w tempie wyścigiem w kierunku własnych domów. Uśmiechałem się pod nosem bo już wiedziałem, że z tą grupą dojadę wszędzie.


Janowiec - PromAlbrechtówkaKazimierz Dolny

Kazimierz DolnyKazimierz DolnyBochotnica


ROZTOCZE




Tak, to wszystko było tylko zapowiedzią, sprawdzianem sił przed wielką wyprawą na Roztocze. Na trzy dni, z rowerami, pod namioty. Odcięci od rodziców z zapasem gotówki jedynie na drobne łakocie. Skazani na własnoręczne przygotowywanie śniadań i kolacji. To brzmiało jak wyprawa Krzysztofa Kolumba do brzegów nowego świata. Przecież mogliśmy z niej w ogóle nie wrócić.

Wzięliśmy ze sobą rowery, namioty, trzy gitary, jedną zapalniczkę i dobry humor. Wszystkiego było w sam raz i wszystkiego wystarczyło na cały pobyt.

Roztocze jest malowniczą krainą, chyba jeszcze troszkę po macoszemu traktowaną przez turystów. Przez pierwsze dwa dni ujrzeliśmy tam tylko około dziesięciu samochodów. Wliczając w to własne dwa którymi przybyliśmy na miejsce.


Majdan Sopocki - rez. Czartowe Pole (15km)


 

Dzień pierwszy rozpoczęliśmy obfitym obiadem i szybkim spaleniem wszystkich kalorii podczas karkołomnej wyprawy rowerowej do rezerwatu „Czartowe Pole”. Gdzie większą część trasy to rowery jechały na naszych plecach, a nie jak to ogólnie przyjęte my na nich. Spodziewałem się nawet pytań w stylu „którędy na Kasprowy?”, ale na szczęście nie padły. Za to wieczorna spontaniczna kąpiel w ubraniach przywróciła wszystkim siły na dobre jeszcze przed kolacją.


 

Noclegi pod chmurką w Majdanie Sopockim dla wszystkich były czymś nowym, emocjonującym. Wieczorem nasze śpiewy przy ognisku, w nocy równie głośny rewanż co najmniej milionowego chóru żab, a o wschodzie słońca (ewidentnie złośliwa) pobudka ze strony wszystkich ptaków. Nic tak nie smakuje jak śniadanie i kolacja na świeżym powietrzu, i nie jest w stanie tego popsuć nawet fakt że trzeba sobie je samemu przygotować, ba później jeszcze po nich posprzątać. Przed śniadaniem dla chętnych spacer nad zalew, po śniadaniu wyjazd na przygotowaną wcześniej trasę (głównie pod górkę i po piachu – sam planowałem).




Majdan Sopocki - Górecko Stare - Zwierzyniec - Guciów - Krasnobród (85km)



Roztoczańskie trasy rowerowe są przygotowane doskonale, różnorodność nawierzchni, od gładkiej jak stół asfaltowej do urzekających serpentyn polnych kolein. Powietrze jak kryształ, pogoda jak złoto i my „sól tej ziemi”. Zatrzymując się od czasu do czasu w przydrożnych spółdzielniach spożywczych dla uzupełnienia cukru we krwi, posuwaliśmy się w irracjonalnie szybkim tempie po roztoczańskich ścieżkach. Ostoja Konika Polskiego, Stawy Echo, czy słynny Zwierzyniecki kościół na wodzie to miejsca których nie wypadało nie odwiedzić.  Obiad pod strzechą słynnej Zagrody w Guciowie nie zachwycił nas obfitością, ale trzeba przyznać, że był wykwintny. Zaspokoiwszy pierwszy głód jak na skrzydłach pomknęliśmy na zapiekanki nad z roku na rok większy zalew do Krasnobrodu. Wizyta w kaplicy św. Rocha na wodzie nie była czystą formalnością. Po niefortunnym „wzięciu zakrętu” na rondzie w centrum kurortu jedna z uczestniczek doznała drobnych urazów kolana i łokcia. Patron cudownego źródła nie zawiódł, co prawda rany zostały, ale piękny uśmiech powrócił na oblicze poszkodowanej. Jeszcze tylko niewyobrażalnie długi, przeklinany przez uczestników (zapamiętam to sobie) szmat drogi pod górkę i po piachu (sam planowałem) i byliśmy w domu. Tu szybciutko nastąpiła zamiana rowerów na pompowany ustami sprzęt unoszący się na wodzie i oczekiwana od rana rozluźniająca kąpiel w zalewie.



Majdan Sopocki - Susiec (szumy) (30km)


 

 

Po czym kolejna noc i poranek, pakowanie namiotów i niespodzianka. Rowery wodne. Co tam się działo, prawdziwa bitwa morska. Dość powiedzieć że niektóre uczestniczki zapowiedziały iż dalszą podróż z braku suchej odzieży będą kontynuować w piżamach. Po tym wydarzeniu została nam w programie tylko perła Roztocza w postaci szumów na Tanwi w okolicach Suśca. Korzystając z dobrodziejstw Roztoczańskich lasów po drodze posilaliśmy się jagodami, mierzyliśmy stopami kryształowo czyste strumienie i na koniec wykapaliśmy się w lodowatej Tanwi tuż koło gospody u Gargamela. Wyczynem tym wprawiliśmy w zdumienie turystów dla których zanurzenie nawet małego palca w lodowatej wodzie było zdecydowanie nadludzkim osiągnięciem. Obiad, pakowanie rowerów, ostatnia kąpiel w wodach zalewu w Majdanie Sopockim i szczęśliwy powrót do domu. Taki finał miała nasza trzydniowa wyprawa. Zadowoleni uczestnicy, zbudowani dostarczoną dzieciom frajdą opiekunowie i stęsknieni za pociechami rodzice. Chciałoby się powiedzieć „czegóż trzeba więcej?”. Odpowiedź jest jednoznaczna. Więcej takich rajdów.



Korzystając z okazji chciałbym serdecznie podziękować wszystkim osobom które pomogły w organizacji naszych wyjazdów. Z nazwiska wymienię tych najgorliwszych: p. Andrzej Szymajda, dobry duch naszych wypraw dbający głównie o stronę transportową. Niezmordowanych opiekunów deklarujących „in blanco”, że pojadą z nami nawet na koniec świata p. Elżbieta Butryn oraz p. Zbigniew Lis. Szczególna jednak wdzięczność należy się p. Wojciechowi Adamczykowi który bezinteresowne użyczył pojazdu do transportu rowerów na Roztocze. Bez niego wyjazd najprawdopodobniej nie doszedłby do skutku. Jeszcze raz serdecznie dziękuję.

Tomasz Stefański

Opracowanie: szkolnastrona.pl